European Professional Boile Cup – Maconka 2022

Udostępnij
Facebooktwitterpinterestlinkedin

 

 

 

                         

 

Na początku muszę stwierdzić, że European Professional Boilies Cup, na stałe zagościła w kalendarzu zawodów, zarówno moim, jak i Teamu Invader. Odkąd pojawiłem się tam pierwszy raz  w 2019 roku, dosłownie i w przenośni, nic nie wygląda nad wodą tak samo. Są to zawody rzutowe, rozgrywane na całym świecie wg tych samych zasad czyli wg regulaminu FIPSED.  Zjeżdżają tam zawodnicy ze wszystkich krajów, a wstęp na imprezę, mają tylko ekipy rekomendowane, lub sprawdzone pod względem technicznym oraz dotychczasowych osiągnięć. Nie pojawiają się zespoły z przypadku, bo poziom i ranga zawodów, mają pozostać niezmienne. 2 lata pandemii, spowodowało dwuletnią przerwę w zawodach, a to sprawiło, że tegoroczni zawodnicy, byli spragnieni rywalizacji i niepowtarzalnej atmosfery towarzyszącej zawodom tej rangi. Tego nie da się opisać, to trzeba poczuć i przeżyć  ☺

Zacznijmy od początku….

W tym roku jak i w 2019, Polskę reprezentował tylko jeden zespół w składzie:  Karol, Rafał i moja skromna osoba czyli Paweł 🙂

 

 

Byliśmy zmotywowani i pozytywnie nastawieni. Przed nami  było 115 godzin rywalizacji, na ciężkiej wodzie, i z najlepszymi w tym fachu zespołami. Chłopaki, debiutanci nie wiedzieli co ich czeka, ale brak obaw i strachu jest pozytywnym czynnikiem eliminującym stres.

Do losowania kolejności losowania ☺   podchodziliśmy jako szesnasta ekipa, w związku z ilością  punktów zdobytych podczas poprzedniej edycji. Zawsze kolejność określają ci, którzy zdobyli najlepsze lokaty na ostatniej imprezie. Rafał wytypowany jako losujący, nie popisał się szczęśliwą ręką,  wyciągając numerek 23. Ciekawostka: podczas losowania stanowisk, drużyna ma możliwość odrzucenia stanowiska, i dopiero kolejny los, już jest wiążący.

 

 

Obserwowanie drużyn przed nami, mających wiedzę i opracowane łowisko i manewrujących losami jak chciały, było stresujące, gdyż najlepsze miejscówki rozchodziły się, jak ciepłe bułeczki. Zapisywaliśmy wszystko dokładnie, czekając co nam los przyniesie. Ostatecznie wylosowaliśmy stanowisko nr C1, czyli skrajne. Miesiąc wcześniej ta miejscówka na innych zawodach karpiowych, uzyskała pierwszą lokatę, więc zdecydowaliśmy się na przyjęcie losu w pierwszym czytaniu. Uzyskaliśmy wstępne informacje, a mianowicie że mamy: najpłytsze stanowisko, trudne i z dużą ilością małych ryb. Co przy zapowiadanym upale nie wróżyło zbyt dobrze.

 

 

No nic, pozostało nam opracować strategię i udać się na miejsce docelowe. Szybka ocena miejscówki, spowodowała szybkie decyzje, że  pierwszego wieczoru i przez noc, przetestujemy różne scenariusze.

Rozkładanie klamotów poszło nam sprawnie i o czasie mogliśmy zacząć łowić. Taktyka zakładała, nie płoszenie ryb z początku, i  nęcenie ciche kobrą, aby ewentualnie utrzymać potencjalnie przebywającą już u nas, w łowisku. Jakoś efekty tego były marne. Zestawy w wodzie, mija godzina, druga, a tu ani pika nie słychać. Przerzucamy zestawy, i nadal mizernie. Rafał z Karolem ustawili się po lewej, skrajnej stronie, stawiając na sprawdzone w Polsce zestawy raczej ciężkiego kalibru. Ja standardowo postawiłem na lekkie, krótkie przypony, i małe popki z serii Victory. Nic. Nadal cisza. Przed nocnym zakazem nęcenia rakietami, zdecydowaliśmy się rzucić kilka spombów dla zwabienia ryb. Pierwsza noc przebiegła spokojnie. Nad ranem bardzo nas już to zdenerwowało. Liczyliśmy, iż nasza miejscówka, pokryta kapelonami, wyspami trzcin i innych zaczepów w końcu odpali jak trzeba. Płonne nadzieje. Jedynie moje prawe wędki, oddalone od skrajnego odcinka stanowiska, coś ugrały jakieś małe punkty do tabeli. Nasi sąsiedzi z Rumuni mieli w nocy więcej roboty, i widać było, że ryba im dalej od skrajnego miejsca, tym aktywniej żeruje. Sąsiedzi z naprzeciwka jednak zaprzeczyli tym teoriom, i pierwszej doby posiadali już dwie flagi na swoim stanowisku – jedną za prowadzenie, a druga za aktualnego Big Fisha zawodów. Widać było u nich nieustanną pracę i serie brań. U nas natomiast, po porannej burzy mózgów i wymianie propozycji zmieniliśmy strategię, i poszliśmy w kierunku bardziej ryzykownego łowienia, czyli w zatokach, przy pasie trzcin, grążeli, oraz przy skrajnym lewym markerze, gdzie wyczuliśmy twardsze dno.

 

 

Każda  z naszych miejscówek charakteryzowała się bardzo trudnym technicznie położeniem, i po każdym braniu musieliśmy nieźle się nagimnastykować, aby odciągnąć rybę z zaczepów i wyprowadzić z holem na otwartą wodę. Ryzykowne łowienie wiąże się jednak ze stratami, co widoczne było codziennie w naszych zasobach akcesoriów. Kurczyły się one w zastraszającym tempie. Po pierwszej dobie mieliśmy 19 ryb w tabeli, ale niestety małych i dających niewysokie miejsce.

 

 

 

Druga doba potwierdzała, iż łowienie systemem ukraińskim przynosi lepsze efekty, niż ciężkie zestawy i duże przynęty. Poszliśmy va banque uzbrajając wszystkie wędziska w delikatne zestawy i małe haczyki.  Nadal jednak praca za dnia i walka z rybami i zaczepami owocowała tym, że drugiej doby mieliśmy na macie 38 ryb do wagi, lecz wagowo nie wyglądało to najlepiej. Fajną sprawą było to, że łowiliśmy piękne karpie koi, czy średniaki o wadze kilkunastu kilogramów. Co na tym miejscu, wydawało nam się sukcesem więc cieszyliśmy się z każdej takiej ryby, jak dzieci.

 

 

Kombinacje, nęcenie słodkimi rarytasami, rozpuszczalnymi kulami i inne zabiegi, dawały efekt jedynie taki, iż po dniu zbliżyliśmy się wagowo do naszych sąsiadów, a po kolejnej nocy, oni znowu od nas odskakiwali na kilka, kilkanaście kilogramów. Trzeci dzień był powtórką z rozrywki, lecz z małym rodzyneczkiem, a być może wisienką na torcie. Po porannym ważeniu, siedzieliśmy przy wędkach, aby mieć szybki start do każdego brania, kiedy odzywa się jedna z wędek postawionych blisko markera i po zacięciu jak zwykle ryba, chce ukryć się w kapelonach. Tym razem jednak, udaje mi się przekierować dalszy tok tej walki na otwartą wodę i zaczynamy powolne pompowanie i męczenie przeciwnika. Czuję, że może to być coś większego i po pierwszym podciągnięciu bliżej podbieraka, ukazuje się nam fajny pełnołuski karp, którego na oko szacujemy na jakieś 15 kg. Dobra współpraca operatora wędki i podbierającego, skutkuje szybkim wylądowaniem karpia w siatce. Podnosimy ją i już widać, że cyfra na wadze zatrzyma się w okolicach 20 kg. Wstępne ważenie i mamy na skali 22 kg z workiem. Dzwonimy po sędziów i rezultat ważenia pokazuje równiutkie 21,00 kg, co na dany moment jest Big fishem imprezy.

 

 

Tradycja na tych zawodach jest taka, że tam gdzie złowiono big fisha, wbijana jest flaga.  Nasza radość z jej posiadania była nie do opisania. Spełniały się moje/nasze marzenia na węgierskiej ziemi.  Cieszyliśmy się jak dzieciaki.

 

 

 

Wypracowaliśmy jeszcze kilka brań niezłych ryb, lecz albo lądowały w zaczepach, albo niestety jak  jeden koń, postanawiały uwolnić się tuż przy podbieraku. Dzień należał jednak do nas i poczuliśmy wiatr w skrzydłach. Obrana taktyka się sprawdzała i przynosiła rezultaty. Po wbiciu flagi na naszym stanowisku, sąsiedzi troszkę podupadli na duchu i jakby się poddali, a dla nas był to bodziec do jeszcze cięższej pracy.

 

 

Coś było jednak nie tak z nocnym łowieniem, i zaczęliśmy intensywnie myśleć, co by tu zmienić? Odpowiedź nadeszła trzeciego dnia popołudniem, kiedy wieść o wyholowaniu tak dużego karpia na naszym stanowisku rozeszła się wśród łowiących. Podczas  obiadu, wdałem się w pogawędkę ze sprzedawcą, który gratulował tak dużej ryby i dziwił się że tak dobrze nam tam idzie. Kiedy zapytałem się, dlaczego? Usłyszałem, że to miejsce jest sumowe i posiada aż trzy gniazda  około 100 kg sumów, bytujących tam od dawna. Sprzedawca pofatygował się nawet, aby na mapie pokazać nam te gniazda. Sprawa braku brań w nocy właśnie została rozwiązana. Gdzie sum buszuje, tam karp się ewakuuje. Później zapytaliśmy o to samo sędziów, którzy  potwierdzili te informacje, okraszając je zdjęciami powyginanych haków i zerwanych zestawów z naszej miejscówki.

 

 

Postanowiliśmy wówczas odejść z większą ilością wędek z zatok i przytulić się na nocki do sąsiadów z naszej prawej. Taktyka okazała się tylko trochę lepsza, ale konsekwentnie doławialiśmy ryby i każdej doby dokładaliśmy około 100 kg do tabeli. Niestety przy zawodnikach z czołówki był to marny rezultat, gdyż zespoły stojące na otwartej wodzie, po jednej nocy potrafiły dołożyć do tabeli około 300 kg ryb. Czwartego dnia usłyszeliśmy głośny krzyk nad wodą i zamarliśmy. Czyżby ktoś złowił większą rybę od naszej i zabiorą nam flagę?

 

 

Nasze obawy okazały się słuszne, i po chwili przyjechał steward zabrać naszą kochaną flagę, informując iż inny zespół złowił amura czarnego o wadze większej od naszego karpia zaledwie o 100 gramów. Masakra jakaś! Przecież to mógłby być błąd pomiaru, bardziej namoczony worek itd. No, ale niestety takie są reguły i tak się dzieje. Wzięliśmy się do pracy, aby odzyskać flagę, lecz niestety jedyne co udało nam się wypracować czwartego dnia, to największy amur dnia, złowiony przez nas. Wymęczył nas nawet bardziej niż ten ponad dwudziestokilogramowy karp, ale mały zestaw z malutkim haczykiem był pewnie wpięty w dolną wargę.

 

 

Ostatniej nocy przeszła burza i deszcz troszkę namieszał, nie dając nam jednak przewagi w łowieniu, na którą liczyliśmy przy ewentualnej zmianie pogody. Myśleliśmy, że w burzę,  ryba schowa się do naszej zatoki. Jednak burza okazała się jedynie silnym deszczem, co tylko bardziej pobudziło ryby do żerowania na środku łowiska. Ostatni dzień nic nie zmienił w schemacie naszego łowienia. Dzień lepszy, noc gorsza. O godzinie 12-tej spakowani, byliśmy już gotowi do opuszczenia stanowiska. Udałem się pożegnać z sąsiadami, kiedy usłyszałem od nich, iż zawody przedłużone są o 2 godziny ze względu na opóźnienia rozpoczęcia. Nic nie wiedzieliśmy o tym i byliśmy skonfundowani, co robić, jak działać? Szybka decyzja. Wypakowujemy wędki, stojaki itd i łowimy !  Dołowimy 10 kg i przeskoczymy dwa zespoły nad nami. Straciliśmy godzinkę na czynności logistyczne, ale w kolejną godzinę doławiamy 16 kg i liczymy na dobry wynik. Niestety przez te dodatkowe 2 godziny, inne zespoły dołowiły także ryby i spadliśmy o jeszcze jedną lokatę w klasyfikacji generalnej.

 

 

 

Podsumowując zawody, była to kolejna piękna lekcja łowienia z rzutu z najlepszymi. Zawody wygrała ekipa z Węgier, która była ulokowana na stanowisku, trzykrotnie odrzuconym przez inne zespoły, jako bardzo niechciana miejscówka.

 

 

Morał z tego taki, że nigdy nie wiadomo, gdzie ryba będzie dobrze brała, no chyba że się wylosuje skrajne stanowiska na takich łowiskach jak Nekielka ☺

Dla nas przypadła nagroda za największą rybę dnia. Dodatkowo mieliśmy także złowionego największego karpia zawodów, i największego amura dnia. 

 

 

Piękne, niezapomniane przeżycie i kolejny pamiątkowy medal w kolekcji. Takie zawody trzeba przeżyć, bo tak naprawdę, żaden opis i film tego nie oddaje.

 

 

Do zobaczenia na Maconce za rok ☺

 

 

 

 

 

Obserwuj nas
Facebookpinterestinstagram